Długo czekałam na ten dzień. Gdy w końcu śniegu spadnie na tyle, by móc z moim Skarbem wybrać się na sanki. Ciekawa też byłam jej reakcji na taką ilość białego puchu…

I co?? A nic…
Ogólnie bez szału… To znaczy jakiegoś specjalnego zachwytu nie było. Zdziwienia też nie, a raczej obojętność i  rozczarowanie tym, że nie można swobodnie biegać (bo zaspy skutecznie przeszkadzają).

Nawet nie próbowała dotknąć śniegu… A ja liczyłam na jakieś zdjęcia z błyskiem w oku ;).

Trudno… Ważniejsze jednak to, że sanki się sprawdziły.
Cieszę się, że kupiliśmy takie, które mają opcję pchacza, bo inaczej nie zdecydowałabym się na spacer z pokaźnym już brzuszkiem, gdybym musiała moją córę ciągnąć przez całą drogę.

Plan miałam prosty- mieliśmy dotrzeć do dziadków (jakieś 2 km drogi od nas). Nie przewidziałam jednego- 5 przejść dla pieszych po drodze. A co się z tym wiąże- odśnieżone drogi…
Sanki odmawiały posłuszeństwa i musiałam wtedy ciągnąć Laurę ze wszystkich sił…
Jak w końcu dotarłyśmy na miejsce to nie wyobrażałam już sobie powrotu ;).

Dziadek przyszedł z pomocą i nas odwiózł (chwała mu za to!).

Tak czy inaczej- jeszcze nie raz się z małą wybiorę na sanki ale tym razem ograniczymy się do najbliższej okolicy 🙂

Czas na fotorelację!

 

 

 

 

 

A jak Wasze dzieciaczki przeżywały pierwsze kroki na śniegu?

Podziel się