Mamuśki już tak mają. Chcą lepiej, bardziej, mocniej a potem padają na pysk. Dosłownie.

Chcą wychować idealne dzieci, które w przyszłości będą ich dumą- mają być mądre, asertywne, znać 3 języki, być wszechstronne i poukładane. Wkładają je w te ramy, w które ktoś je wcześniej też włożył. Mimo, że same się nieraz dusiły, coś je uwierało, ale widocznie tak trzeba.

Albo wręcz przeciwnie- chcą dać to, czego nie miały za młodu. Zadbać bardziej niż o nie dbano. I tak popadamy ze skrajności w skrajność.

Jedzonko musi być eco, fit i być częścią zbilansowanej diety.

 

Stoją mamuśki trzy godziny przy garach, długie minuty spędzają na czytaniu etykiet w sklepie. Wszystko po to, by usłyszeć bleee z ust swojego idealnego dziecka.

 

Ale czy to konieczne?

Nie, nie pytam o reakcję dziecka na jedzenie. Pytam o nas. Czy naprawdę jako mamy czasem nie przesadzamy? Potem mamy pretensje do całego świata. Bo świat nie spełnia naszych oczekiwań.

A prawda jest inna- to my za wysoko stawiamy sobie poprzeczkę. Potem się dziwimy, że skubana wciąż nam spada na głowę. I powoduje nieustający ból głowy. Albo dupy 😛

 

Wszystkim nam zależy na tym samym…

Taka jest prawda. Mając dziecko chcemy, by nas doceniało, kochało i szanowało. Chcemy mieć z nim niepowtarzalną więź, by wiedziało, że z każdym problemem może się do nas zwrócić.

Jednak gubimy się. Błądzimy, czasem nie wiemy nawet jak to osiągnąć.

Myślimy, że kolejna zabawka jest idealnym wyjściem, by wynagrodzić czas.

Niespodzianka może jedynie wywołać chwilowe szczęście, uśmiech na twarzy ale dobrze wiesz, że Twoje dziecko za tydzień rzuci ją w kąt, o ile nie szybciej.

2016.07.19 164

I wcale nie chodzi mi, by z dzieckiem być non stop. Bez przerwy, nie mieć swojego życia, a wszystkie swoje czynności życiowe uzgadniać z latoroślą. Nie.

 

Wszędzie konieczny jest UMIAR.

Dajemy sobie wmówić, że wciąż musimy się starać bardziej i bardziej. Być na 100 % bez przerwy, by nie stracić ani chwili. Na dodatek w pełni zaangażowani, czerpać radość z każdej czynności, którą wykonujemy ze swoim potomkiem. A tak zwyczajnie się nie da!

Wiem co mówię. 4 lata przebywałam z moimi dziećmi 24 godziny na dobę, a jednak bywały takie dni, gdy nie miałam już sił i nie potrafiłam czerpać radości z czynności, które wykonywałam codziennie z nimi. Stały się RUTYNĄ. Beznamiętnie układałam te klocki, myślami nieraz byłam gdzie indziej.

Wiem, że samo przebywanie z dzieckiem to nie klucz do sukcesu, by stworzyć wyjątkową więź…

Wystarczy tak niewiele…

Uwierz mi, że tu nie chodzi o ilość ale o jakość czasu, który poświęcasz swojemu dziecku.

 

Wystarczy 15 minut dziennie

 

15 minut, a nie cały dzień, gdy myśli krążą gdzie indziej. 15 minut sam na sam. Szczera rozmowa bez ekranu w tle. Albo właśnie obejrzenie wspólnie bajki leżąc obok siebie i chichrając się z tych samych anegdot.

To zbliża.

Uwierz mi, że te 15 minut w ciągu dnia, znaczy dla dziecka więcej niż cały dzień, w trakcie którego zdarzało Ci się go zignorować, bo coś okazało się ważniejsze.

 

Tylko tyle i aż tyle wystarczy, by wypełnić potrzebę bliskości dziecka.

 

 Spróbuj. Nie pożałujesz 🙂

 

*Zdjęcia: Heronima Pietrzak fotografia

Komentarze
Podziel się