Lubimy jeździć na rowerach, dlatego też nawet posiadając córcię staramy się jak najwięcej jeździć. A jak to robimy? Zabieramy ją ze sobą.

Pierwszym pomysłem był fotelik rowerowy (taki zwykły z pasami). Najpierw był bunt (ale to bardziej przy zakładaniu kasku), a potem jakoś już poszło.

 Tutaj Lorcia ze swoim tatinkiem 🙂

 I tak sobie jeździliśmy, tylko minusem było to, że Laura w takim foteliku wytrzymywała godzinkę, no może dwie góra (nawet z przerwami), a potem już był bunt. Ostatnia nasza przejażdżka skończyła się tym, że przycięła komara. Po czym musieliśmy zsiąść z rowerów i je prowadzić, bo głowa jej się tak dziwnie zgięła i jechanie z nią w takim położeniu nie było bezpieczne (dobudzanie nic nie dawało). Wspomnę tylko, że wcale nie byliśmy blisko domu…
Ta przygoda sprawiła, że zaczęliśmy się zastanawiać nad jakimś innym rozwiązaniem przewożenia dziecka na rowerze. Padło na przyczepkę…

No i się zaczęło, bo na allegro jest tego mnóstwo a rozpiętość cenowa też robi wrażenie (od 300 do ponad 3000 zł praktycznie). Chcieliśmy, by miała wygodne siedzisko, dobrą amortyzację i była na dwójkę dzieci. Ważna też była możliwość dokupywania do niej gadżetów (na przykład hamak dla niemowlaka itp).

Tym sposobem przyczepki w granicach 300-500 zł odeszły w zapomnienie. Nie dość, że nie budziły naszego zaufania, to jeszcze opinie o nich też nie należały do pozytywnych. Zastanawialiśmy się nad Croozer  Kid. Bardzo dobra firma i przyczepki się sprawdzają, bo nasi znajomi taką posiadają. Jednak ich ceny były powalające (dla dwójki to koszt 2000 zł…), zupełnie nie w naszym zasięgu. Zwróciliśmy uwagę na inną, niemiecką firmę Queridoo (u nas model SpeedKid 2). Tata, jako specjalista od wyszukiwania technicznych informacji, poczytał, poszperał i decyzja zapadła. Przyczepka kosztowała niecałe 1120 zł (też sporo ale jakoś to przełknęliśmy). A jak tylko ją dostaliśmy okazała się trafnym wyborem.

Wczoraj było pierwsze testowanie 🙂

Zaraz po zabawie kamyczkami przed domem.

Pierwsze wrażenia.

Jest i kask (bezpieczeństwo przede wszystkim! :))

Laura zorientowała się, co ma na głowie…

Próba zdjęcia kasku  (numer jeden z wielu ;)).

Po czym odbyła się rundka honorowa po okolicy.

Dzisiaj zajechałyśmy trochę dalej. Wciąż pozostaje odwieczny problem- kask.

Dotarłyśmy do dziadków na meczyk piłki nożnej 🙂

No i droga z powrotem (naokoło). Córa w końcu się zmęczyła (co dowodzi tego, że jest jej wygodnie w przyczepie :)).

Ominęły ją tylko piękne widoki.

Za to maminka miała chwilę na kontemplację 😉

Po drzemce, powrocie do domu, jedzonku i tronie idziemy dalej korzystać z pogody :).

Komentarze
Podziel się